Siedze sobie w knajpce w Siem Reap, rano cos pozwiedzalem, ale ze przyszlo popoludnie postanowilem cos zjesc, wypic sok, kawe, poczytac, pogapic sie na ulice.
Obserwuje ludzi, przejezdzajace, samochody (nigdy nie widzialem wiecej Lexusow niz w Kambodzy - to jeden z najpopularniejszych tu samochodow! i latwo sie domyslic kto nimi jezdzi), liczne motory, skutery i tuk-tuki. SIedze sobie i zaczalem obserwowac pana, ktory byl posiadaczem takiego wlasnie tuk-tuka i zaparkowal tuz obok restauracyjki. Pan na oko spokojnie moglby byc moim ojcem co i rusz wypowiadal do przechodniow powszechna w turystycznych dzielnicach mantre: tuk-tuk sir?
Zamawiam jedzenie: tuk-tuk sir? kawe: tuk-tuk sir? sok... drugi sok... wychodze. Slysze to samo pytanie skierowane do mnie. A kiedy wracam tu za godzine. Pan jeszcze stoi i pyta...
Stad nijak sie nie dziwie, ze tak walcza o klienta. Ze kilka dolarow zawioza cie gdziekolwiek chcesz i poswieca ci nawet pol dnia. Oczywiscie w mniejszych miasta. Ci z wiekszych raczej wola dorwac frajera, do przewiezienia go po sklepach i zainkasowania od sklepu prowizji, niz wozenia z miejsca na miejsce i tak zarabiania na dzien jutrzejszy.
Tylko ze jakos mi glupio jak widze mezczyzne w wieku mego ojca z blagalnym spojrzeniem, bym to jego wybral do podwiezienia mojego bialego dupska. Za dolara lub dwa...
Bialas w Kambodzy jest zawsze "sir" w rodzaju meskoosobowym i "lady"w rodzaju zenskoosobowym. Traktowany jest z szacunkiem, chocby i udawanym. A zatem: tuk-tuk, sir?
Przewodnik jesli go sobie wynajmiesz za 20 dolarów, by oprowadzil Cie i opowiedzial o swiatyniach Angkor Wat, oczywiscie tez bedzei mowil sir. I kiedy wsiadamy do tuk-tuka nie wsiadzie pierwszy, poczeka az bialas sie najpierw zapokladuje, a nastepnie on dokona abordazu"" ;) na poklad. W byle przydroznym barze, jak tylko wysiadziesz z autobusu przyjdzie obsluga knajpy powita "szanowneg goscia". Kurna drazni mnie to czapkowanie mi. Bo podobnie jak w Nepalu, tak i w Kambodzy turysta jest jak bankomat, chodzacy ATM. Zatem czapkuje sie mu, by byl zadowolony, a zadowolony bialas latwiej pozwala wyplacac z siebie pieniadze.
A ludzie nei zarabiaja tu majatku. Gadalem z moim przewodnikiem po Angkorze i stwierdzil, ze w korporacji jako przewodnik zarabial 200 dolarow miesiecznie - pracowal przy tym od rana do nocy i bywa, ze obslugiwal kilka grup dziennie. W zaleznosci od potrzeb. Dlatego jest jak mowi freelancerem i zarabia do 250 dolarow miesiecznie ale tylko w sezonie. Potem jest duuuzo slabiej, dlatego odklada z "dobrych"miesiecy na te gorsze. Jego brat pracuje w kuchni restauracyjnej jako pomywacz i zarabia na miesiac 60 dolarow. Praca z jednym dniem wolnego w tygodniu...
Na kazdym kroku ktos oferuje swoje uslugi, od wspomnianego juz "tuk-tuk sir?", przez obnosny handel ksiazkowy, kartki pocztowe, ktore dzieci sprzedaja za dolara, po zwykluch zebrakow, ktorzy chodza po ulicach i knajpach proszac o wsparcie. I tylko uliczni grajkowie, ktorzy wieczorami i za dnia uprzyjemniaja turystom zycie w Siem Reap nie wyciagaja rak. Bo czesto maja tylko jedna... A drugiej potrzebuja by grac...
I wez tu takim czlowieku nie daj. Zwazywszy ze hmmm dolar majatkiem nie jest. A muzyka calkiem przyjemna, choc chwilami monotonna.
Coz, kazdy tu probuje przezyc i godzi sie na warunki z naszej, europejskiej perspektywy dosc nieciekawe. 3 godzinna wycieczka na Killing Fields w Phnom Penh - pan tuktukowiec zazyczyl sobie 7 dolarow. W obydwie strony. I byl zachwycony ze chwycil "bialasa za nogi". Ciekawe czy bylem jego jedynym klientem tego dnia....
I jakos dziwnie mi sie targowac np z 2 dolarow na jednego... Choc ciekawi mnie po jakim czasie tutaj, pozbylbym sie skrupulow.
Poki co je mam i wcale wielce nie oszczedzajac, wydaje codziennie jakies 20$ (nie liczac wstepow, bo sam Angkor Wat kosztuje wszak 20$ za dzien)
Bo choc maja te swoje riele, to w zasadzie jest to waluta drugiej kategorii i malo kto jej uzywa. Jesli juz to jako reszte, by wydac pol dolara. Bo to wlasnie dolar jest glowna waluta Kambodzy. Wszystkie ceny podawane sa w dolarach, nawet na glupiej wodzie w sklepie jest naklejka ze kosztuje np. 60 centow. Pytajac sie o cene na byle straganie tez zawsze uslyszysz, ze rzecz kosztuje np. dwa dolary. Nawet za Angkor Wat w kasie placi sie w amerykanskiej walucie.
I co ciekawe, w Kambodzy nie ma monet. Tylko banknoty.
Uproszczony przelicznik w handlu: 1 dolar = 4000 rieli. W lepszych sklepach uzyskamy kurs 4200 rieli za dolara.
Tu w zasadzie nie ma o czym mówic. W zasadzie jechalem zobaczyc to cos berz zadnego nastawienia. Pewnie wiele osob powie, ze od zawsze chcieli zobaczyc Angkor i jego swiatynie, ze od dziecinstwa bylo to ich marzeniem. Moim nie bylo. Zawsze uwazalem te swiatynie za miejsca, ktore doskonale wygladaja tylko na pocztowkach. Tylko, bo przeciez niemozliwoscia jest pojechac i zobaczyc je samemu. Za daleko, za drog. Nieosiagalnie...
I przyszedl jednak taki dzien, ze wsiadlem w tuk-tuka za 3 dolary w Siem Reap i nawet nie bylem poddenerwowany, ze za chwile zobacze to, co tyle razy widzialem na obrazku. Nadal bylo to dla mnie jakos.. odlegle, nieosiagalne, nierzeczywiste...
I kiedy wysiadlem kolo majacego pewnie jakies tysiac lat mostu prowadzacego do swiatyni powiedzialem sobie pewne polskie slowo na k... To bylo cos nierzeczywistego. Kiedy zblizasz sie do bramy, jeszcze nie widzisz jej ogromu. Kiedy ja przekraczasz, patrzysz w gore i na boki i myslisz sobie jak to zbudowali.
A potem bylo coraz bardzoej nierzeczywiscie, potem lazilem po tym ogromnym kompleksie i bylem jak urzeczony. Ogladalem plaskorzezby stworzone przed wiekami, a bedaca tak rzeczywiste jakby ktos wykul je wczoraj, pokonywalem kolejne schody, poziomy, patrzylem z kolejnych okien i drzwi na rozciagajaca sie dookola dzungle. Niesamowite.
Hmm i chyba tylko Angkor Wat zrobil na mnie takei wrazenie. Wiele osob zachwyca sie Angkor Thom, ale dla mnie to nie to. Ogromne, piekne, to fakt, ale nie rzucilo mnie na kolana. Nie patrzylem sie w zachwycie na kolejne plaskorzezby, nie krecilem z niedowierzniem glowa. Zanim przyjechalem do Siem Reap spotkalem sporo odob, ktore mowily, ze na Angkor to gora jeden dzien, bo to kupa kamieni i jak widziales jeden, to w zasadzie tak, jakbys widzail wszystkie. A ja mam wrazenie, ze po samej swiatyni Angkor Wat, moglbym chodzic tydzien. A mialem tylko 3 dni. 3 dni na wszystko, bo bilet do swiatyn kosztuje 20 dolarow za dzien, a 40 za trzy dni i zda mi sie ze 60$ za tydzien. Niestety az tyle czasu nie mialem...
Choc na pewno warto. Bo ja jestem chyba z tego stronnictwa, ktore twierdzi, ze te kamienie sie roznia. Ze sa inne i kazdy z nich na swoj sposob zachwyca.
A potem w trakcie zwiedzania przychodzi przychodzi konstatacja, ze jak nasi Polanie z Mieszkiem i jego nastepcami biegali po swietych gajach i to co mogli, to postawic wielka chalupe z bali z dodatkiem kamienia, to tu w Kambodzy Khmerzy budowali gory z kamienia, rzezbili je, piescili...
A teraz to ja nastepca tego "nieudacznika" Mieszka, co to kamiennych gor nie umial budowac, jestem tu, a malo ktory Kambodzanin? moze sobie pozwolic na przylot do Polski i obejrzenie np. Ostrowa Tumskiego czy oltarza Wita Stwosza. Jakze ta historia kolem sie toczy...
Koniec laby, koniec plazowania i lezenia do gory brzuchem przed bungalowem. Pora wziac sie za aktywny wypozynek. Za 700 bht zakupilem bilet na trasie Koh Chang - Siem Reap w Kambodzy. o 7 rano pod moje leze podjezdza busik i jade. Co jednak z tego, skoro przemieszcza sie on po kretych i strmych drogach nader wolno i w zwiazku z tym dopiero o 8 jestesmy na pokladzie promu a o 8:35 odplywamy. Prawie godzinna podroz i nareszcie jedziemy w kierunku granicy Kambodza-Tajlandia w Poipet. Przyjezdzamy okolo 14:30 i tu niestety wtapiam. W Polsce ciut zaspalem i nie wyrobilem sobie e-wizy Kambodzy (25 USD) - normalnie na granicy powinna kosztowac 20$) z tego powodu przeplacam 5 baksow w biurze, ktore nas wiezie busikiem. Coz moja wina i moja leniwosc. Bo choc dosc mocno sie z nimi klocilem w biurze, to nijak nie dalo sie stargowac a na granicy ze skorumpowanymi (ponoc celnikami kambodzanskimi mi sie nie chce uzerac - nie dla 2 czy 3 dolcow, bo z) nimi nigdy nic nie wiadomo) Co ciekawe mozna w tym biurze za wize wplacic albo w bahtach, albo w dolikach. Ciekawe, bo w bahach wychodzi ze placi sie o 5 dolcow wiecej, a oni i tak w zywe oczy twierdza, ze to ta sama cena. I nawet nazwanie ich smiesznymi i pokazanie im na kalkulatorze nic nie daje... Coz, pieniadz rzadzi swiatem a wszyscy turysci i tak swiecie wierza w slowa pani z biura, ze lepiej jest im zaplacic w bahtach. Nawet kalkulatora im sie nei chce wyjac.
No nic, w kazdym badz razie w poltorej godziny przekraczamy burdelowata granice i Krolestwo Kambodzy wita syfem i ciezarowkami, ktore w Polsce na pewno nie bylyby dopuszczne do ruchu. A jednak jezdza (swiete haslo: a jednak sie kreci!) chyba kierowcy sa w stanie w nich przezyc :). Potem oczywiscie busik i obowiazkowa wizyta w jakiejs zaprzyjaznionej restauracji po drodze, gdzie rzecz jasana bialasy maja pojsc i cos zjesc. Ciekaw jestem jakie prowizje daje sie kierowcy... Bylem jedynym, ktory nic nie kupil i nic nie jadl.
O 19 wreszcie dworzec autobusowy gdzies na odludziu Siem Reap. Przyjezdzamy a tu juz oczywiscie powitanie przez panow tuk-tukowcow, ktorzy za z gor ustalona i nienegocjowalna cene 2.5 dolara wioza pod żądany adres. Jak ja lubie mafie tuktukowe :)
Dobijam do wybranego hotelu za ktory place paskarska cene 12 dolcow, ale za to mam klime. Mam albo przynajmniej tak mi sie wydaje, bo w sumie to guzik ona daje. Moze ze 2 stopnie schladza powietrze, wiecej daje rzecz jasna wentylator. Pan recepcjonista obiecal, ze nastepnego dnia bede mial pokoj za 6 dolcow, ale rzecz jasna slowa nie dotrzymal, zatem w ramach protestu ide sobie do innego guesthousu. Tu mam wielki dwuosobowy pokoj tylko dla siebie i place 7 dolcow. Akceptowalne, bo nie chce mi sie szukac czegos tanszego o 2 dolce, choc to oczywiscie mozliwe. Syfne to Siem Reap. Syfne poza ulicami dla turystow, tu jestjak w neokolonialnej Europie :). Czysto, schludnie i rzeka ludzi na ulicy i w knajpach. A wszedzei wieczorami leca mecze ligi angielskiej, gromadzace rzesze fanow z Wysp :).
Ale coz, to miasto nie jest do zycia, tylko do wypadu do pobliskich swiatyn Angkoru. A jest co ogladac...
Taka to sentencja mi sie nasuwa, kiedy mysle o tym, jak bylo na tej wyspie. Bo jak juz wysiadlem z promu, to tak jak w kazdym innym miejscu od razu znalazl sie ktos, kto zaproponoiwal podwoz dalej (rzecz jasna nei za darmo a za 100 bht). Wysiadlem sobie na Lonely Beach i byl to strzal w wdziesiatke. Co prawda wtopilem z pierwszym noclegiem (250 bht), bo byl syfny, ale ze wielkich wymagan nie mam, to i przezylem. Nastepnego dnia wzialem sobie bungalowea z lazienka za 300 batow. I to byulo idealne, do morza raptem 20 metrow. Do knajpy z pieknym tarasem wychodzacym w Zatoke Tajlandzka jakies 40 metrow. Sok w knajpie 30 batow, slonce i parasopl za darmo. Moglem wyciagnac kosci i spokojnie sobie czytac przez tyle czasu, ile chcialem. Nikt tu nie ponagla, nie naciska, bym cos wzial itp.
Pamietam pierwsza noc. Chodze sobie wieczorem po miejscowosci, patrze co jest gdzie i mijam knajpe. Usmiechniety wlasciciel (Anglik) zaprasza do siebie i tu az wstyd sie przyznac, ale po Bangkoku, mialem zle odruchy i szybko podziekowalem, ze nie, ze dziekuje... Na co pan, ze oczywiscie, przeciez moge sie rozejrzec, powinienen sobie pojsc poipatrzyc, moze gdzies bedzie klimat, ktory bardziej mi sie spodoba... Przeciez tu jest tyle knajp, ze ktoras musi byc dla mnie. Hmm i tu mi zaswitalo, jak to, nikt nienagania? Nie zmusza? Nie wciaga? Hmmm i to bylo to.
Rozrywki?
Bierzesz za 200 batow skuterek na caly dzien i jezdzisz ile chcesz. A wysepka spora i na pewno jest co obejrzec. Choc wodospad, do ktorego pojechalem okazal sie byc wyschniety.... Coz pora deszczowa dopiero nadejdzie...
Wycieczki lodka: za 500 batow czyli jakies 48 zl zabieraja cie rano o 8:30 spod hotelu i wioza na lodke. Plywasz sobie statkiem do 17 i w miedzyczasie serwuja tajskie zarcie, wode i przekaski. No i oczywiscie daja sprzet do snoorkowania. A ze nigdy nie zanurzalem wody w okolicach jakichkolwiek raf koralowych, to bardzo mi sie tam podobalo. Super wrazenie. Chcialbym keidys na Wielkiej Rafie Koralowej lub moze w Morzu Czerwonym?... A potem jak juz sie naogladaszi najesz, to odwoza cie pod sam hotel.
I rzecz jasna mozesz chodzis sobie od knajpy do knajpy, pic drinki, piwo, soki i co tam chcesz. Tu nie ma zadnego przymusu, nic nie musisz, ale mozesz to, co chcesz....
Tego mi po pracy w korporacji bylo trzeba. Absolutnego relakcu jaki jest na Koh Chang i jego Lonely Beach. Ale chyba tylko tam, bo inne rejony wyspy opanowane sa przez drogie hotele niszczace klimat i przez emerytow z Europy Zachodniej...
A na plazy bylem mzoe przez 2 godziny w ciagu kilku dni. Chronicznie sie na plazy nudze. Ale na Koh Chang chcialbym kiedys jeszcze wrocic....
Bangkok, czyli witamy na Stadionie Dziesieciolecia
Teskniliscie keidys za Jarmarkiem Europa? Brak Wam Stadionu Dziesieciolecia? Jesli tak zapraszam do Bangkoku. Wszystko tu jest bardziej niz na warszawskm, prawie zlikwidowanym juz Stadionie. Jest glosniej, jest wiecej ludzi, jest syfniej, duszniej, bardziej smierdzi i nawet porzadek jest mniejszy. Wyobrazacie sobie wieszy burdel niz na Stadionie? Ja nie wyobrtazalem, ale teraz wiem jak to wyglada.
A w sumie po przylocie mialem same pozytywne wrazenia, fajne lotnisko, zielewn dookola, dobre skomunikowanie z miastem, latwy do odnalezienia autobus na Kao San Road (EA2 - z przylotow nalezy zejsc jedno piewtro i poszukac bydki z biletami - latwa do zauwazenia koszt 150 bahtow ). A potem sie jedzie, jedzie i jedzie... 40 minut. No i dojezdza sie do turystowa czyli do Khao San Road 0- jakos tak - w sumie pol na pol tu autochtonow i inastrancow. Potem nalezy jeszcze nie wyzionac ducha z powodu temperatury, potem znalezc guesthouse (jest sporo i zawsze w ktoryms miejsce bedzie - koszt to okolo 300-500 baht). A jak sie juz zakwaterujemy i dokonamy ablucji po ipodrozy, mozemy wyskoczyc zaleczyc jet laga jakims piwkiem, ktore uspi nas do reszty :) W kazdym razie polazilem ciut po najblizszej okolicy i nijak nie moglem jej polubic, nawet jednej przyjaznej i uporzadkowanej przestrzeni. Wszedzie budy jarmarczne, tuk-tuki, taksowki, obwozni sprzedawcy wsystkiwego, gotowne na ulicy cuchnace zarcie (dla mnie cuchnace - kazdy moze miec wlasne zdanie) i cale ta przestrzen dopelniona jest turystami, ktorzy szlajaja sie z konca w koniec, wlasciwie nie wiadomo w poszukiwaniu czego. Bo niczego tam nie ma.
No nic, ale nastepnego dnia postanowilem pozwiedzac. Udalem sie zatem do kolejnych wat'ow, ktore wyrastaja jak perelki posrodku bangkockiego ogarnietego syfem "czegos"... Ttrza przyznc, ze swiatynki robia wrazenie, a ow lezacy budda by mi do duzego pokoju nie wszedl ;)
Zreszta wcale bym go nie chcial, jakby do mnie mialy chodziuc takie pielgrzymki :D No i Palac Krolewski pierwsza klasa, odremontowany tak ze mucha nie siada, no ale skoro krol wciaz w nim mieszka, to inaczej byc nie moze :) Ladne to i az sie milo zwiedza. I w srodku przynajmniej nik i na nic nieusiluje cie zlowieku naciagnac, jak to ma miejsce na traycyjnej ulicy. No ale to juz urok Azji, ktory trzeba zaakceptowac, albo sie tu nie pojawiac ;)
I sie z tuktukowcem poklocilem, bo chcial mnie na sile zagonic do ogladania garnitorow do uszycia u "Armaniego" a ja cholera nienawidze zakupow... No i skonczyla sie z nim mila pogawedka i przejazdzka. Coz, pojechal szukac jelenia gdzie indziej... Moze nastepny poooglada cos wiecej, bo ja wybitnie asertywny bylem, nawet bizuteria mnie nie interesowala... :D
W kazdym razie mialem na tyle dosc Bangkoku na tyle jest to niechec od pierwszego czy drugiego wejrzenia, ze co predzej ostanowielm sie ewakuowac i tym sposobem wybralem Koh Chang, czyli tajska wyspe kolo granicy z Kambodza.
Dojazd calkiem znosny, bo z dworca w Bangkoku do Tratu za jakies 240 bht, potem 50 batow do promu, prom za 80 i 100 do miejscowosci w ktorej zamieszkalem. A tu jest raj... :)
PS. Bangkocka policja tez mi podpadla, bo wziela niemalze na moich oczach lapowke od tuktukowca z ktorym jechalem na dworzec Ekkamei. Swiniak. I tuk tukow na dluzse trasy w Bangkoku nie polecam. Za wielkie zadymienie i za wielki syf w powietrzu. Ale na wyspie... ech tu siue oddycha :)
Ponoć ludzie inteligentni się nie nudza, dlatego zabrałem ze sobą w podróż kilka książek i krzyżówkę - tylko dzięki nim nie popadłem w obłęd ;) w Chitwan a konkretnie w miejscowości Sauraha. Bo tam jest nuda pani, nic sie nie dzieje - jak to klasyk opowiadał w filmie :) Cała mijscowośc to pewnie ze 40 czy 50 chałup rozrzuconych na sporej przestrzeni - choć oczywiście to pojęci ewzględne, bo wszedzie można sie dstać na nogach i to w 10 minut. W sumie w Sauraha są trzy kawiarenki internetowe (ceny 3 razy wyższe niz w Katmandu a prędkośc przesyłu danych jakaś 10 razy mniejsza :/), jakieś 3 czy 4 restauracje i pewnie jakieś 10 czy 15 guesthousów i hoteli.
A jedyne co tu jest to Park Narodowy Chitwan, który zaczyna się tuż za rzeką.
Spędzam tu już 2 dzień i przyznam, że dusze się, ale nei z powodu upału, choć jest naprawdę upalnie, ale z powodu braku czegokolwiek do roboty i jakiegoś towarzystwa z którym możnaby było dłużej pogadać, wyjśc gdzieś, pospacerować i pośmiac się. JEstem widać zwierzę bardzo społeczne. Dusze się z nudy. Jedyną atrakcję czyli park i jego dzunglę zaliczyłem wczoraj. Zaliczyłem wraz z poznaną w autobusie z Pokhary do Chitwan parą. Wykupili oni bowiem safari na jeepie i poszukiwali chętnych do dokooptowania się. Grzechem by było nie skorzystać, bo przyjemnośc wynajęcia jeepa kosztuje 7 tysięcy rupieci a ja miałem dać tylko tysiaka. Oczywiście plus 500 za wstęp do Parku Narodowego.
Zaczeliśmy o 7 rano i "na bazę" wróciliśmy około 18. Przyanzm szczerze, że były to dłuuugie godziny. W sumie żeby zapoznac się z jak to nazywają: dżunglą, wystarczyłyby 3 no może cztery godziny. Wystarczy tyle, bo około 11 żar z nieba na terenie Teraju leje się już taki, że wszystkei żywe stwrzenia szukają cienia i chłodu stąd nonsensem jest siedzenie na jeepie i wypatrywanie zwierzyny w szczerym polu. Dośc prosto "upolować" wtedy nosrożca, wystarczy jechać blisko wody i na pewno w którymś miejscu spotkamy taplającego się w bajorku cielsko, które jakby ze zdziwieniem przyglada się świrom, którzy zamaist siedziec w cieniu lub ciepłej wodzie stercza na słońcu. Przyznam, że rozumiem ten tok rozumowania :).
Ale żeby nie było smętnie, to do południa widzeliśmy kilka nosorożców buszujących w krzaczorach oraz kilka słoni które dokadś podążały z jakimiś ludźmi na plecach.
Poza tym wystepują tam jeszcze bajecznie kolorowe ptaki, krokodyle, jakieś tury czy jakby to zwał, pawie, ktore majestatycznie przechadzają się tuż obok drogi i rozwijają swoje ogony i małpy. Kazan mi jeszcze podziwiać sarny i jelenie, ale jakoś te zwierzęta widuję dośc często w Polsce zatem nei wykazaem należytego zachwytu ;). Leze sobie zatem już 2 dzień do góry brzuchem i z książką w łapie i piję na przemian colę, wodę, soki i czasem sprawiam sobie fajdę piwem - czasem bo drogie :p. Nic innego nie pozostaje, bo zaliczyłem już chyba wszystkie atrakcje. Wziąłem bowiem udział w największej miejscowej atrakcji czyli kąpieli słoni jaka odbywa się codziennie rano. Wziąłem udział to ciut na wyrost napisane, bowiem inni zażywali przyjemności szczotkowania kolosów i ujeżdżania ich, ja niestety niemiałem z kim zostawić swego plecaka i aparatu fotograficznego, zatem przyglądałem się tylko tej powszechnej wesołości.
A przyznać trzeba że widak jest narpawdę fantastyczny. Słonie na komende oblewają się wodą i kręca zadami oraz głowami by strącic pasażerów ku ich uciesze i ku ogólnemu piskowi i śmiechowi. Fajna sprawa, tez bym sobie tak pokąpał słonia tylko, że go trudno będze na 4 piętro warszawskiego bloku wprowadzić a "zaparkować" go przed domem i trudno i strach, bo może ukradną? ;) Frajda kąpieli z trąbielem kosztuje 100 rupieci. Sadze, że warto, jestem nawet pewien że warto! Cóż zatem dalej mozna robić w Sauraha? Można pójśc na plażę nad rzeką, ale tam niestety potrafi być również mniej przyjemnie i męcząco. A to wszystko za sprawą naganiaczy z których każdy chce cię namówić na jakąs usługę. A to spacer nad rzeką, a to kajak, a to jeep, a to to, a to tamto...
Przyznam, że dośc już mam grzecznego odmawiania i tłumaczenia z uśmiechem na ustach, że nie, że dziekuję, ale nie jestem zainteresowany ponownm rajdem w głąb dzungli albo, że spacer nad rzeka nie jest tym co mnie jakoś szczególnie podnieca. Za każdym raze słyszysz, że oczywiście, oni do niczego nie zmuszają, ale jak już jestem to koniecznie! muszę gdzies pójść. Jesli odmówisz, beda Cię przekonywać i beda to robić niby z usmiechem na ustach, ale tonem coraz bardziej podniesionym i ze złością w oczach. Ja rzumiem, że oni musza sprzedać usługę, by przezyć, ale ja nie uszczęsliwię wszystkich i nie dam im wszystkim zarobić. To niewykonalne. A dla nich niezrozumiałe :/ Nie jestem odpowiedzialny za tych ludzi, przyjechałem tu żeby odpocząć a nie męczyć się. Nie przyjechałem tu z misja Caritas, który w statut ma wpisane pomaganie. Przyjechałem jako turysta, który chce odpocząć i który przy okazji czasami kupuje usługi od autochtonów. Kupuje i jest z tego zadowolony, ale nie pomoże wszystkim potrzebującym. Turysta to nie bankomat!
Po trekkingu postanowiłem posiedzeć dwa dni w miasteczku. Uznałem, że należy mi się odpoczynek - to raz, a dwa gdzie mi się spieszy? Chyba tylko na samolot ale do teg czasu zostało jeszcze wiele dni. Dlatego wróciłem do guesthousu, w którym zostawiłem swoje rzeczy i swaniaczek orzekł, ze teraz nocleg kosztuje 50 rupi więcej. W sumie nie chciało mi się kłócić zatem zgodziłem się. Poza tym było naprawde czysto, ciepła woda, ławeczka przed pokojem i śliczny widok na ogródek. Poza tym 300 rupii to nie majątek. Ale trochę mnie rozeźlił. :)
Ogólnie w Pokharze nie ma co robić, można pójśc do tamy oraz odwiedzić World Peace Pagoda - gdzie nie udało mi się dotrzeć i co opisałem już wcześniej. Słowem siedziałem sobie w barach, szlajałem pomiędzy sklepkami, oglądałem co na straganach, piłem soki ze świeżych owoców i leczyem kontuzjowane kolano - cóż felczerzy, jak się okazało, chcą mi zrobic artroskopię :/.
Poza tym poznałem tam dwie miłe Polki - tu pozdrowienia dla obydwu Baś :) - jakże to miło usłyszeć rodzimy język po tygodniu tylko i wyłącznie angielskiego. Po 2 dniach nicnierobienia miałem już dośc i pojechałem do Chitwan a konkretnie do Sauraha - małej osady na granicy parku. A teraz mały rzut oka na Bus Station in Pokhara :)
A teraz coś praktycznego dla tych, co zastanawiają się jaką trasę wybrać, gdzie pójść, co zobaczyć. Oczywiście moge się wypwiedzieć tylk o trasie do południowego sanktuarium Annapurny. Od końca patrząc, to wracając z treku na pewno zahaczcie o gorące źródła, to raptem 15 minut marszu w dół od Jhinudanda, tuż koło Chhomrong ale przeżycie i relaks warte każdego wysiłku i każdych pieniędzy (zważywszy, że koszt wynosi 'co łaska' - ja dałem 50 rupii). Szczególnie po męczącym treku.
Trzy niecki z wodą o różnej temperaturze. Po marszu nawet nie wiecie jak was to rozluźni. ja moczyłem sie tam ponad dwie godziny a wydawało mi się, że siedze tam nie więcej niż pół godziny, potem szybki posiłek na górze (25 minut wspinania się) i dalej w drogę...
A wcześniej schodząc z ABC zatrzymajcie się w Sinua, małej osadzie na szlaku. Jej widok ze ściezki od strony ABC zapiera dech w piersi. Idylla... Dlatego czasem zatrzymajcie się i nie patrzcie tylko pod nogi, na to gdzie postawić nogę, by jej nie skręcić :)
Wyskie góry wszedzie są groźne, skaliste, mocne i ciemne. Jednak pasmo pod nimi to feeria barw i cudw natury wartych poswięcenia im więcej niz aptekarska chwila i jedno spojrzenie.
Podsumwując: trek do ABC zrobiłem w 7 dni mimo, że rozpisany jest on na 9/10. Cztery dni marszu w górę i 3 w dół. Może i szybko szedłem, ale kiedy jestes sam, jedyne co możesz robić dla zabicia czasu to marsz. Z perspektywy wspomnien patrząc, to nie odważyłbym sie teraz pójść samotnie w góry na trasę do ABC. Nie z tego powdu, ze jest ona niebezpeczna, nie dlatego, że się boję. 7 dni kiedy idziesz sam i tylkoraz na jakiś czas rozmawiasz z ludzmi wykańcza psychicznie. Człowiek to jednak zwierzę społeczne i bez towarzystwa dziczeje. Przed trekiem chodząc po Tatrach zawsze zastanawiałem się po co ludziom kijki trekingowe. Teraz już wiem, kijki przy dłuższych trekach niesamowicie odciązają kolana. Szczególnie przy schodzeniu. W Himalajach Ci się przydadzą, w Tatrach co najwyżej można nimi zdzielić innego turystę. Oczywiście niechcący.
Idąc na tę trasę warto tez rozpatrzeć wzięcie ze sobą ochraniaczy na spodnie. Ochraniaczy od śniegu, w górnych partiach koło ABC mogą się przydać, ja dostałem moje oddobrych ludzi i jestem im za to wdzieczny, uchroniło mnie to od zmiany spodni z powodu mokrych nogawek. Co do raków nie jestem przekonany, jesli masz kijki trekingowe to spokojnie sobie dasz radę. Raki nie zaszkodzą, ale czy są nieodzowne? Moim zdaniem nie. Ale każdy decyduje za siebie.
Tragarz i przewodnik: nie wiem po co jedno i drugie. Zgobić się raczej nie da, zawsze jest się kogo o drogę zapytac, a poza tym szlak jest tak wydeptany i w wielu miejscach tak dobrze przygotowany, że zabłądzić sie po prostu nie da. A o tym, że to nie jest wielce trudny techniczne niech świadczy fakt, że nepalscy tragarze chodza po nich w klapkach w jakich ja chodzę pod prysznic.
Mapa: korzytałem sporadycznie, w sumie i tak moż iśc tylko w gore i w dół. A o tym gdzie zanocowac decyduje wysokśc sońca nad horyzontem i pogoda. Kompletnie niepotrzebna.
Coś co warto wziąć to kapelusz na łeb (ja nie miałem i w niższych partiach gdzie słońce prazy niemiłośernie żałowałem) oraz okulary przeciwsłoneczne, które przydadzą się na górze z powodu słońca odbijającego sie od śniegu i na dole po prostu z powodu prażącego słońca :)
No i zapomniałbym: jak idziecie sami koniecznie weźcie coś co Wam będzie brzęczało w uszach, jakiś odtwarzacz mp3 czy coś, bo inaczej bedzie brzęczała tylko cisza i samotnośc.